Przeczytałam dziś na forum Wyborczej o internetowej celebrytce, która od kilku lat planuje swoje wesele za niebagatelną sumę 200 tys. zł. Wiadomość mnie nie powaliła, w końcu nie mój interes, kto na co ile wydaje. Jak go stać i ma takie pragnienie – niech realizuje, pieniądze są dla nas, a nie odwrotnie i basta.

Zadziwiają mnie natomiast wszelkie portale, fora i inne magazyny, w których tematem wiodącym i wzbudzającym największe emocje jest… nie, nie seks (to by w ogóle nie dziwiło), ale ślub i wesele. Toż tu toczą się prawdziwe boje! Kobiety gotowe innym oczy wydrapać (całe szczęście, że net takiej możliwości nie daje) za odmienne zdanie, a jeszcze bardziej za lekceważący stosunek do całej ceremonii i wcale nie o różnice religijne tu chodzi.

Ślub – tylko kościelny, obojętnie jakiej wiary lub niewiary są przyszli małżonkowie. Bo o tę „magię” przecież chodzi – biała suknia, welon, chłodne wnętrze zabytkowej świątyni, podniosłe organy. Po ślubie obowiązkowo wesele i to planowane z co najmniej rocznym wyprzedzeniem w najdrobniejszych szczegółach.

Darujcie, ja rozumiem, że jak ktoś z organizacji wesel żyje – wtedy wręcz musi być na bieżąco z najnowszymi trendami. Ale żeby cały czas po pracy spędzać na dylematach, jakie serwetki, kwiaty dobrać, czy ciocię Zosię usadzić koło stryja Mariana czy może obok kuzynki babki  pana młodego?

Kiedyś moi znajomi, wtedy może pięć, sześć lat po ślubie z nostalgią wspominali własne wesele. Siedziałam, nie wierząc własnym uszom. Nie chodziło bowiem o klimat, atmosferę, nawet nie o muzykę, ale wyliczankę, kto ile dał (obowiązkowe koperty), ile kosztowało całe przedsięwzięcie, co było w menu itp. Kiedy zapytałam ich o miesiąc miodowy, zamilkli.

– To gdzie byliście? – powtórzyłam, spodziewając się usłyszeć egzotycznie brzmiące nazwy miast.
–  Nigdzie – mruknął on, a ona dodała, że na podróż poślubną nie było ich już stać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *