Nie lubię anonimowości. Durczok zapytał kiedyś „Czego się boisz, Blogerze?” i wyjął mi to pytanie z ust. Podpisuję się pod każdym swoim sądem, teorią, tak w internetowym, jak i rzeczywistym świecie.

One przecież (te światy) w zasadzie niczym się nie różnią. Gdy mailuję, rozmawiam na forach to przecież z prawdziwymi ludźmi. Skoro wchodzę w to, z własnej i nieprzymuszonej woli, dlaczego miałabym chcieć ukryć swoją tożsamość?

Kiedy Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaproponowało mi pisanie bloga na ich stronach, zapytałam o warunki. Odpowiedziano mi, że jest tylko jeden: trzeba pisać pod własnym nazwiskiem. Dla mnie to rzecz logiczna i całkiem zrozumiała.

Piszę tutaj, na swoim blogu. O wszystkim, o czym nie mam możliwości napisać w artykułach czy książkach. Podoba mi się formuła bloga – mogę przeskoczyć z tematu na temat, nie muszę trzymać się określonej liczby znaków ani, jak w powieściach, toczyć jednego wątku aż do upadłego (czytelnika, rzecz jasna:-).

Zdarza mi się pisać o intymności. Nie wstydzę się jej, dopóki rozmawiam o własnych myślach, potrzebach. Sprzedawać cudzych tajemnic nie mogłabym z czystej przyzwoitości. Chyba, że na tę sprzedaż byłaby zgoda.

Jestem otwarta. Lubię rozmawiać, opisywać, opowiadać. Najchętniej w relacji z drugą osobą. Tylko, że taka interakcja wymaga zainteresowania tego drugiego człowieka. I jeszcze jego obecności. Znajomych dobieram bardzo starannie, bo nie ciekawi mnie ilość przerastająca jakość. I czasem, bywa, nie lubię ludzi. Ale przecież nie powiem komuś w twarz „idź sobie, ja już nie chcę z tobą rozmawiać”. Dlatego rezygnuję z wielu kontaktów, zwyczajnie ich nie podejmując lub nie podtrzymując.

Dziwią mnie blogi, których autorzy piszą o zwykłych-niezwykłych sprawach, nie wyciągając „mięsa” z sypialni i innych pokojów domu i nie mają – potrzeby, odwagi? – podpisać się pod tym. Dziwią mnie też pamiętniki, oparte na sprawozdaniach z codzienności, jeśli nie jest ona wybitnie interesująca dla czytelnika. Rozumiem jednak tę potrzebę zwierzeń, a może potwierdzenia, że to o czym piszą w sieci, wzbudza emocje innych. Rozumiem, bo sama jestem ekshibicjonistką. Słowną. Tylko, że ja mam wrodzoną powinność pełnej odpowiedzialności za to, co mówię i robię. Dlatego nie jestem anonimowa.

I jeszcze coś: tak często ludzie zarzekają się, że nie oceniają innych. Ja oceniam, bo to przecież takie ludzkie, normalne. Nic złego w ocenie. Pytanie tylko, czy warto zawsze się nią dzielić. Jeśli to człowiek bliski – tak. Jeśli nie, a ocena miałaby znamiona miażdżącej krytyki, to po co ranić człowieka? Aż tyle frustracji we mnie nie ma