Zagaiłam wczoraj bardzo „inteligentnie” w bibliotece, że zima idzie i czas ku książkom sposobny. Nie wiem, czy usprawiedliwiałam siebie czy połowę społeczeństwa, które, mam nadzieję, jednak czyta i to nie tylko w dni chłodne i niesłoneczne.

Mnie w każdym razie wstyd przed sobą, że dawno nie czytałam. Nie mówię o pojedynczych godzinach spędzonych w autobusach i tramwajach, chwilach osobności w toalecie czy dwóch kwadransach przed snem. To się nie liczy.

Chyba od roku nie czytałam ciągiem, jednej rzeczy po drugiej, bo cała moja para szła, owszem, w czytanie, ale internetu i gazet.

Wczoraj był kumpel (bez dziecka, bez dziecka! Za co przy najbliższej dłuższej okazji zostanie wysmagany paskiem po pupie), z którym rozmawialiśmy o (nie)czytaniu książek właśnie. A my bez książek nie potrafimy żyć. Tylko, że czytamy za mało. Wciąga nas sieć, tracimy godziny na czytaniu, co w sieci piszczy, korespondencjach wszelakich, tv.

Szczerze wyznaję, że uzależniłam się od netu. Komputer mam włączony niemal dobę; długo wydawało mi się to ok – jestem na bieżąco z wiadomościami z kraju i ze świata, mail przychodzi, zaraz jest odbierany, a wiadomość zwrotna wysyłana ekspresowo, a i praca mi szybciej idzie, bo przecież wystarczy oderwać się na chwilę od domowych zajęć i strzelić jakiś zgrabny tekścik.

To było zgubne przeświadczenie. Ani więcej nie piszę, ani dodatkowego światła od kompa nie potrzebuję, potrzebuję za to wrażeń, których mogą mi dostarczyć tylko książki.

Kiedyś znany i ceniony (nie mój) wydawca, który czytał wszystkie moje książki, bardzo trafnie zinterpretował mnie.

– Pani pisze tak, jak czyta, co pani czyta.

Po trzeciej wysłanej powieści zapytał:

– Siedzi pani w domu, nie czyta najmądrzejszych rzeczy, obniżyła pani loty.

– To widać? – zapytałam.

Przytaknął.

Rok temu zadzwonił do mnie (kontaktujemy się raz na kilka lat, nigdy się osobiście nie widzieliśmy) i powiedział najpiękniejsze słowa świata:

– Jest pani pisarką.

Nie mógł sprawić mi większej przyjemności. Ale przyjemność ma to do siebie, że niepodpierana dalszymi wysiłkami, powoduje wstyd i zażenowanie.

Dlatego wracam do nałogowego czytania. Przed dziesiątą wieczór wyłączam net, zamykam na klucz kuchnię i idę do pokoju-sypialni, gdzie zaczynam to, co najbardziej lubię – czytać. I nareszcie czuję, że żyję. I to jak!

P.S. Z aktualności: To wpis ku pamięci – pamięci mojej, żeby powrócić do ambitnego planu wyłączania spraw zawodowych o 22.00 i relaksu przy zapisanych cudzych kartkach…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *