Nie mogę oprzeć się pokusie napisania, że zimno dziś i ciemno. I pada. I że strasznie trudno rozruszać się i jakoś konstruktywnie podziałać.

 

9.00

Spożywka wyszła mi już prawie całkiem, trzeba na jakie zakupy iść albo włączyć pomysłowość i wykorzystać sypkie produkty, które błąkają się po kuchennych szafkach.

Tylko czasem, w takie poranki jak dziś, strasznie trudno tyłek ruszyć i chciałoby się z powrotem do łóżka, i to samej, bez towarzystwa.

Ale praca czeka. I nic ją nie obchodzi kiepska aura. Dobrze jej, nieuzależniona od pogody. Niedobrze, bo gonią ją terminy.

Ją, czyli mnie. Bo ja to praca, ciągle praca, wieczna praca. Bo muszę, ale i lubię, i chcę.

Więc – do roboty! Włączyć światło, energetyzującą muzykę, chwilę potańczyć (i cieplej wtedy, i weselej) i wejść w niedzielę, jakby była każdym innym, słonecznym dniem tygodnia.

Takie małe oszustwo emocjonalne, ale przecież cel uświęca środki.

 

***

 

10.00

Jak napisane, tak zdziałane. Na śniadanie rosół i placki z jabłkami, i wcale to się nie gryzie, naprawdę.

A wczesne popołudnie rysuje się dość ciekawie, choć z lekka problematycznie. Albo miła pogawędka przy filiżance herbaty z mężczyzną albo wernisaż, też z mężczyzną. Dwóch mężczyzn, z czego jeden to mój dobry, stary kumpel.

Z pierwszym nie jestem umówiona na sto procent, od drugiego propozycja padła przed godziną. Co wybrać, jak postąpić?

Ponieważ zawsze dotrzymuję słowa, to, jeśli pierwsze spotkanie zostanie potwierdzone, pójdę. A jeśli nie, to trochę się ukulturalnię i na pewno spędzę kilka fajnych godzin w towarzystwie człowieka, którego lubię. Nie, żebym pierwszego pana nie lubiła, skąd:)

A z pracą co? Też ją jakoś upchnę. Bo pomiędzy makijażem, sprzątaniem kuchni i odpisywaniem na zaległe maile, sporo pomysłów do głowy przychodzi.

Ratunku, placki mi się palą!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *