Sny wpisane są we mnie od dawna. Bywają scenariuszami moich opowiadań, czasem na snach opieram rzeczywistość. Są tym, czego nie oddałabym najlepszemu przyjacielowi – a lubię się dzielić.

Niezwykle plastyczne. Dokładne w każdym calu. Nieprawdopodobnie bogate w dźwięk i obraz. Czasem ciężkie i trudne do wytrzymania. A czasem tak radosne, że bledną przy nich najlepsze chwile z życia.

Bywa zabawnie. Śnię o kimś, kogo mało znam. Po przebudzeniu mam ochotę poznać tę osobę bliżej i skonfrontować senne marzenie z prawdą. Bywa przerażająco. Ktoś bliski we śnie staje się wrogiem – potem mam problem z akceptacją, że to był tylko sen.

Niektórzy chowają głowę w piasek. Ja chowam w sen. Tchórzostwo to. Ale jakie przyjemne!

Przedkładam sny nad filmy. Czasem nawet nad książki, choć bez nich nie byłoby mnie. Właściwie sen to moja jedna wielka piszącą się cały czas powieść – z elementami autobiografii. Nigdy nie wiem, co będzie za chwilę. Nauczyłam się, co prawda, prowadzić sen dalej, mimo przebudzenia. Zamykać oczy i kończyć rozpoczęty wątek. Nie korzystam jednak z tej metody często. Właściwie zupełnie jej zaniechałam. Wolę nie wiedzieć, przynajmniej tutaj, bo życie jest takie przewidywalne.

Przeczytałam kiedyś, co zrobić aby zanudzić rozmówcę na śmierć – opowiedzieć mu swój sen. Więc rzadko to robię. Zresztą, sny są najbardziej intymną z moich spraw – bardziej niż seks, świadoma myśl, marzenie, religia.

Tu mogę wszystko i tu robię wszystko. Czasem sama, czasem z kimś, czasem z kimś, z kim na jawie nie zamieniłabym ani słowa. To ciekawe doświadczenie.

Ładują mnie te moje sny jak narkotyk. Przesypiam życie? Raczej wchodzę w nie najgłębiej, jak potrafię. Bo choćbym nie wiem, jak chciała, w realu nie polecę. A we śnie mogę. I latam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *