Podobno najmilszy dźwięk dla człowieka to jego własne, wypowiedziane na głos imię. Nawet, jeśli nie bardzo nam pasuje, bo są inne – ładniejsze, bardziej oryginalne – to i tak zżywamy się ze swoim przez tych dzieścia, dzieści i dziesiąt lat życia.

A ja chciałam kiedyś uciec od własnego. Nie leżało mi takie długie i bardzo popularne imię. W żadnej z klas nie byłam jedyną Magdaleną, w przeciwieństwie do Patrycji, Brygidy czy Justyny. Przez pewien czas zaadaptowałam nawet na własne potrzeby drugi człon imienia. Ci, którzy z dawnych lat pamiętają Lenę, pewnie nie rozpoznaliby we mnie Magdy.

Lena była inna, nietypowa, wschodnia, dopatrywano się u niej śpiewnego akcentu. Miała blond włosy i mocno słowiańską urodę. Chodziła w długich spódnicach nakładanych jedna na drugą, w przepaskach na włosy i najczęściej w swojej ulubionej po dziś dzień, choć już nie tak monotematycznej, czerni.

Do Leny nie tylko zwracano się po imieniu, Lenę także oceniano pisemnie, dodając pod jej pracami bardzo miłe dla ucha i serca komentarze. Traktowano Lenę tak, jakby Leną urodziła się i miała pozostać już zawsze. I kiedy nieświadoma imiennych zmian mama Leny zawołała ją kiedyś prawdziwym imieniem, runął cały mit wschodnich korzeni. Romantyczno-niepokojąca Lena znów była zwyczajną Magdą. Ale wyszło jej to tylko na dobre.

Lubię swoje imię, choć w połączeniu z nazwiskiem wydaje mi się za długie. Dlatego od lat posługuję się tylko Magdą, i choć stwardniale to brzmi, wcale nie przeszkadza. Lubię zwracać się do ludzi po imieniu, bo w ten sposób nie tylko okazuję im pamięć, ale wywołuję także to miłe dla ucha i serca ciepło. Każdy chce być wyróżniony, inny od pozostałych, ja też.

Nie przepadam za zdrobnieniami, choć uzależniam swój stosunek do nich od ust, którymi są wypowiadane. Dlatego w przypadkach konkretnych osób nie protestuję, gdy mocno zmiękczają moje imię. I przede wszystkim cieszę się, że nie mam imienia łatwo poddającego się zdrobnieniom, i jeszcze bardziej cieszę, że brak mi infantylności, by jako 35-latka przedstawiać się właśnie spieszczeniem.

Przepraszam z góry wszystko Kasie, Basie, Anie, ale naprawdę mocno śmieję się w duchu, gdy te dorosłe, dojrzałe kobiety przedstawiają się właśnie w ten sposób. A jeszcze gorzej, gdy protestują nie tylko przeciw użyciu pełnej formy ich imienia, ale również stwardnieniom typu „Anka, Baśka, Kaśka”. Podobno to je obraża.

Dziwne i niezrozumiałe dla mnie. Z drugiej strony – jak tu rozumieć wszystkich i wszystko wokół?

Nie ma we mnie aż tyle empatii. Mogę tylko zaakceptować cudze oczekiwania, co robię.

 

Aktualizacja: Od 2014 roku już oficjalnie, we wszystkich dokumentach, jestem Magdą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *