Toczyłam przed laty spór na temat złej literatury. Przyjaciel twierdził, że lepiej nie czytać w ogóle niż zanurzać się w gniotach. Ja optowałam za gniotami mimo wszystko – że lepiej czytać cokolwiek niż nie mieć kontaktu z książką.

Podawałam przykłady ludzi, którzy swój świat opierają na serialach-tasiemcach, twierdząc, że bardziej na zdrowie by im wyszło, gdyby czytali kiepską literaturę zamiast czerpać z gotowych obrazów z fonią podsuwanych pod sam nos przez włączony w dzień i noc telewizor.

Wiele razy zastanawiałam się nad przedmiotem tej naszej dyskusji. Dziecinne to, gdy ocenia się tylko według czerni i bieli, ale czasem takie wybory mnie bawią i wciągają w wir myślenia na dobre.

Kiepska literatura nie czyni wielkich korzyści czytającemu. Więcej – trudno dopatrzeć się tu jakichkolwiek zalet, gdy język mierny, filozofia żadna, a fabuła żenująca. A jednak – jest to kontakt ze słowem, a nie gotową papką (nie)strawną do jedzenia, jak to bywa w przypadku brazylijsko-pochodnych seriali. Podczas czytania, choćby i kiepskiej powieści, mimo wszystko chodzi nam na jakichś obrotach wyobraźnia. Włącza się proces myślenia, przewidywania, oswaja się człowiek z pisanym słowem. I zawsze jest nadzieja, że gdy wyczerpią się zbiory ulubionego (kiepskiego) autora, człowiek sięgnie po kolejną książkę. I nadzieja, że może w końcu, obracając się w strefie ulubionych tematów, trafi na coś bardziej wartościowego.

W przypadku serialowych gniotów może stać się podobnie, choć to raczej rzadkie. Przyzwyczajeni do pewnego poziomu odtwórczości nie sięgniemy do wyższego poziomu.

A nawet jeśli jakimś cudem – to w dalszym ciągu będzie to ta sama papka, ani trochę kreatywna, ani trochę rozwijająca. Proszę pamiętać, że wspominam tylko o „albo-albo” – albo książka albo film.

Najlepiej byłoby, abyśmy czytali i zanurzali się w atmosferę podanych na tacy, ale wartościowych obrazów na przemian, choć z przewagą tych pierwszych.

Miałam w życiu taki okres, że jedyne co był w stanie przyjąć mój obolały umysł (a raczej dusza) to telewizyjną papkę właśnie. Czas ten do dziś wspominam z wielkim bólem straconych, jałowych godzin. Równie dobrze mogłabym go przespać i efekt byłby taki sam, a nawet korzystniejszy – we śnie dzieje się o wiele więcej, mądrzej i na moim poziomie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *