Zapadłam się w fotel, z którego niczym stróż kuchni, pilnuję laptopa. Laptop – choć urządzenie przenośne – stacjonuje w kuchni właśnie, moim warsztacie pracy twórczej i odtwórczej, wszelakich rozmów osobistych, telefonicznych i listownych oraz miejscu doglądania pykającego na gazie jadła.

Brakuje tu jeszcze pralki, którą mogłabym sterować ze swojego punktu dowodzenia.

Wrosłam w tę mieszankę kuchennych rozmaitości mocno. I trudno mi się z niej wydostać. Tu słucham również muzyki, a do pokoju zaglądam tylko w celu snu, długodystansowego czytania i oglądania ruchomych obrazów w tv.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby kuchnia była najprzyjemniejszym pomieszczeniem w moim domu. A jest zimna, północna, dobra może tylko na upalne lato. W pokojach jest natomiast południowo i mocno słonecznie. Dla kogoś, kto jak ja uwielbia jasność, wybór miejsca, w którym słońca głównie brak, może wydawać się zdumiewający. Sama go nie do końca, zresztą, rozumiem.

A jednak skłamałabym, mówiąc o samych wadach mojej kuchni. Przede wszystkim ma okno z widokiem na pobliską brzozę. Brzozy to moje ulubione drzewa, a nie na samych brzozach zielony obrazek się kończy. Zdarzało się, że przesiedziałam długie godziny zapatrzona w dal. Zapatrzenie zawsze dobrze mi robi.

W kuchni podejmuję przyjaciół. To nie mój wybór, oni po prostu (nie)świadomie lgną do tego pomieszczenia, chociaż pokój i słoneczny i przestronniejszy jest. W kuchni odbyłam chyba wszystkie najtrudniejsze rozmowy w moim życiu. Z pewną obawą myślałam nawet, czy kuchnia to wytrzyma i nie rozpadnie się kiedyś niczym domek z kart.

Silna jest, cały czas trwa w prawie nienaruszonym stanie. Jak ja – upadająca i podnosząca się po kolejnym złamaniu. Obie mamy kilka blizn – jej z czasem lekko popękały ściany, moje rysy tkwią głębiej niż w samej cielesności.

Mam w mojej kuchni wszystkich bliskich mi ludzi – patrzą na mnie ze ścian w drewnianych ramkach. To niemal tak, jakby przyglądali się temu, co robię. Czasem się do nich uśmiecham, czasem zamienię kilka słów, ale nawet gdy brak między nami porozumienia – robię swoje.

Jestem strażnikiem swojej kuchni. Metafory mnie samej – chłodnej na zewnątrz, w środku spalającej się z nadmiaru wrażeń. Coraz częściej się studzę, abym mogła nadal żyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *