Szkoła średnia a studia – różnic jest wiele, jedna z nich to notatki. W liceum odpisywanie lekcji było na porządku dziennym, na studiach stało się problematyczne.

Który uczeń albo student choć raz opuścił lekcje/zajęcia? Chyba każdy. Moja pamięć sięga jeszcze dalej – czasów podstawówki, gdy często chorowałam. Mieszkałam wtedy czasowo z rodzicami u dziadków, odpisywanie lekcji było więc – siłą rzeczy – żmudną (ach, te małe, jeszcze niewprawne w pisaniu ręce 8-latki!), długą rozmową telefoniczną. Potem, gdy wróciliśmy do domu, po prostu pożyczałam zeszyty od najbliżej mieszkającej koleżanki i przepisywałam. Podobnie było w szkole średniej. Nikt za to nic nie oczekiwał, a gdy koleżanka zachorowała, role się odwracały – teraz ja pożyczałam jej swoje zeszyty. Choć, szczerze mówiąc, dość rzadko ze względu na niezbyt czytelne pismo, dziś zwane dysgrafią, za które wtedy obniżano oceny.  Na szczęście, były też inne koleżanki i koledzy. Takie zachowania były normą, codziennością, nikt im specjalnie nie poświęcał uwagi. Podobnie jak (niechlubnemu) ściąganiu. Na klasówkach ściągało się z uprzednio przygotowanych ściąg albo od siebie nawzajem. Ba! W ramach koleżeńskiej wymiany pisało się za kolegę wypracowania, a kolega w zamian pomagał na sprawdzianie z matmy.

Nie chcę jednak o ściąganiu pisać, a o pożyczaniu sobie notatek. W liceum – bez najmniejszego problemu, na studiach – z problemami jakże wielkimi. Pierwsza rzecz to znaleźć w gąszczu studentów prawdomówną osobę z roku. Prawdomówną, czyli taką, która nie będzie ściemniać, że na wykłady nie chodziła bądź nie robiła notatek. Jeśli już znajdziemy – połowa sukcesu za nami. Bo jeszcze trzeba będzie się odwdzięczyć. Jak? Nie ukrywajmy, że tym, czego raczej żaden student nie ma w nadmiarze, czyli kasą.

Czemu o tym piszę? Bo zastanawia mnie bardzo ta dość spora różnica w kwestii pożyczania  notatek/zeszytów między szkołą wyższą a średnią. Nagle to, co wspólne staje się tylko moje i muszę strzec tego, jak co najmniej starożytny Cerber. A jeśli już, z najwyższą niechęcią, się podzielę, to jedynie za stosowną opłatą. Argumentem tych, którzy tę taktykę stosują, są najczęściej słowa: „Ja chodziłem na wykłady, a ty nie. Dlaczego miałbyś mieć coś za darmo, jak sobie na to nie zapracowałeś?”.

Szczerze? Trudno mi to pojąć. Rozumiem niedzielenie się czymś, co jest twoją własną twórczością – projektem, pracą zaliczeniową itp. Ale coś, co nie należy do ciebie, ale wykładowcy?