Jak dobrze, że jestem agnostyczką! Że święta to dla mnie jedynie tradycja i – poza tegoroczną Wielkanocą – spotkania z rodzicami i bratem.

Jak dobrze, że nie jestem gorliwą katoliczką! Że nie ryzykuję nabyciem wirusa podczas spaceru ze świątecznym koszykiem do kościoła.

Jak dobrze, że w ogóle nie czuję się katoliczką! Że nie rwę włosów z głowy, bo nie udało mi się „wystać” białej kiełbasy i dwóch tuzinów jaj. Że nie musiałam spędzić trzech dni przy garach, bo przecież święta, to trzeba się narobić.

Jak bardzo żałuję, że nie mieszkam w normalnym, czyli świeckim kraju! W takim, gdzie nie karze się ludzi za stadne zachowania świąteczne, które wcześniej, przez lata im wpajano. W kraju, w którym ludzie przestrzegają zasad, bo są świadomi zagrożenia, a nie ze strachu przed władzą. Tam, gdzie Kościół wspiera wiernych, a nie odwrotnie.

Życzymy sobie wszyscy „wiary i nadziei”. To dobre i mądre życzenia, ale żebyśmy wyszli ze strefy zagrożenia, powinniśmy trzymać się zasad. Nie dlatego, że „trzyma nas za mordę” władza, ale dlatego, że tylko zbiorowa odpowiedzialność społeczna może powstrzymać katastrofę.

Tymczasem nadal się przemieszczamy, mieszamy, jeździmy do rodziny, przyjmujemy gości, bo przecież święta! A potem żalimy się na Facebookach z powodu mandatów.

Ludzie! Mandaty wlepiane są gęsto, to fakt, często nieproporcjonalnie do winy, fakt. Ale gdybyśmy gromadnie przestrzegali zasad, mandaty nie miałyby racji bytu.

Jestem przeciwniczką ograniczania swobód obywatelskich. Ale siedzę na tym tyłku od ponad miesiąca, bo wiem, czym grozi niesiedzenie. Odszukajcie archiwalne wiadomości o Wuhan, niech dadzą wam do myślenia.