Czego najbardziej nie lubię? Gotować. Tak, wiem, to straszne, 35-latka, matka dziecku, była żona, wielokrotna kochanka, ambitna pracownica itede itepe publicznie wyznaje, że nie lubi gotować. I co z tego? Nie lubi, ale robi. Bo musi, bynajmniej nie dla siebie, bo gdyby sama była, pewnie by z głodu dawno padła albo zbankrutowała na amen, stołując się w knajpach.

A jednak gotuję i to od wielu lat. Rzadko kto mnie rozumie, bo koleżanki albo nie gotują, bo nie potrafią i nie lubią, albo gotują, bo lubią, chcą i umieją.

Ja też umiem. Dawno, dawno temu, gdy miałam zaledwie 20 lat, za cel honoru wzięłam sobie sztukę gotowania. Powód był prosty – wyszłam za mąż, a w sercu i umyśle miałam typowy obraz rodziny: mąż po pracy musi mieć co zjeść. Bo inaczej zacznie się stołować gdzie indziej. Przyrzekam na najmilszą mojemu sercu część ciała (ha, kto wie, która to część?), że ostatniego aspektu w ogóle nie brałam pod uwagę. Potrzeba nauczenia się gotowania wynikała, jak zwykle bowiem, z mojej przerośniętej ambicji. I poczucia przyzwoitości wobec podstawowej komórki społecznej, której wtedy stałam się członkinią.

Nie będę opisywała katuszy, przez które 15 lat temu, u progu kucharzenia przechodziłam. Bo ja je miewam do dziś. Praktyka, by nie powiedzieć, rutyna, zrobiły swoje, niemniej jednak w dalszym ciągu do gotowania podchodzę jak ateista do kościoła. Czyli unikam jak mogę, a jak już muszę (a staram się musieć na tyle często, aby Nieletniemu dostarczać prawidłowo przetworzonych składników pożywienia), to się zwyczajnie duszę.

Mogę wszystko: prać, zmywać, prasować, okna nawet myć, byle mnie kto uwolnił od gotowania. Czasem dobry duszek, czyli mama, przychodzi z pomocą i serwuje nam pyszności ze swojej kuchni. Na co dzień jednak nie ma wyjścia i do gotowania trzeba się brać.

Nie nauczyłam się podchodzić do ww. czynności z ochotą, o przyjemności jakiejkolwiek nie mówiąc. Może mnie kto oświeci? Jak wywołać w sobie pasję gotowania? Jak pichcić z uśmiechem, a nawet pieśnią na ustach?

I jak w końcu sprawić, bo od tego wszystko się bierze, żeby gotowanie tak bardzo mnie nie nużyło? Poważnie, zasypiam prawie, obierając warzywa, przyrządzając mięsiwa, sałatki sratki i różne podobne. Jedyne, co nie sprawia mi wielkiego problemu, to ciasta. Ale przecież nie będziemy żywić się na słodko.

Książki różniste do gotowania mam. I poważne, opasłe tomiska i dowcipnie napisane poradniki. Żadne mnie nie ruszają. Najszczęśliwsza jestem, gdy nie muszę gotować. I kiedy Nieletni na weekend wybywa z domu, skaczę do góry z jednego powodu: kuchnia przez dwa dni będzie zamknięta, nieczynne do odwołania, nie ma zmiłuj, szlus.

A gdy jestem dla siebie łagodna i czuła, podziwiam swoją niechęć do kuchni, która nie przeszkadza mi w tym, aby dobrze i smacznie gotować. Paradoks taki. Trudno zrozumieć, a może właśnie wcale nie trzeba?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *