Nie przyszłoby mi do głowy, by narzekać, siedząc w domu, w którym jest sucho, ciepło, jest woda i jedzenie. Nie klnę, gdy codziennie spływa do mnie po kilkanaście, a czasem i kilkadziesiąt maili od studentów, z którymi pracuję zdalnie. I nic to, że liczba godzin stacjonarnej pracy na uczelni ma się nijak do godzin, które spędzam w domu, korespondując ze studentami, sprawdzając zadania, wyjaśniając, co dla niektórych zawiłe, korygując otrzymane prace. I za każdym razem wyjaśniając, co jest nie tak i jak to poprawić. Indywidualnie tłumacząc – nie grupowo.

Przeżywam za to stres, gdy muszę wyjść z domu. To sytuacje wyższej konieczności i nie dotyczą moich potrzeb, tylko potrzeb jednej z najbliższych mi osób. Stresuję się, że mogę kogoś zarazić, bo przecież nie wiem, czy nie mam wirusa. Stresuję się, że mogę być przez kogoś zarażona, bo nie wiem, kto stoi obok mnie albo nawet kto stał kilka minut temu. Stresuję się, bo mimo zachowywania środków ostrożności nie mam wystarczającego zabezpieczenia przed wirusem. Najtańsza maseczka bez filtra mało mnie chroni, już rękawiczki bardziej. Żeby dołożyć sobie do maski filtr z odkurzacza, muszę go kupić, a więc odwiedzić hipermarket. Krótko – stres w dniu, w którym muszę wyjść, towarzyszy mi już od rana i trzyma do kolejnego dnia.

Podziwiam tych, którzy stacjonarnie pracują – bo MUSZĄ. Ale nie tych, którzy nie muszą, a CHCĄ, bo przyzwyczaili się do pracy w towarzystwie ludzi. Ja też jestem towarzyska i źle mi robi na psychikę domowa izolacja. Ale nie wyobrażam sobie teraz spaceru dla przyjemności. I irytują mnie filmy i zdjęcia mojego pustego obecnie miasta – filmowanego i fotografowanego wyłącznie W CENTRUM.

Bo wystarczy podjechać samochodem do parków i innych miejsc rekreacji – a tam wcale pusto i luźno nie jest. Jaki z tego wniosek? Wyciągnijcie sobie sami.