Jest sobota 14 marca, od środy 11 marca poddałam się DOBROWOLNEJ kwarantannie, czyli nie wychodzę z domu. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: aby nie narażać siebie na zachorowanie, aby nie narażać innych, jeśli chora jestem. Nie mam żadnych objawów, nie byłam we Włoszech ani w Chinach, natomiast podczas codziennej pracy miałam kontakt z wieloma ludźmi, o których nic nie wiem. I którzy także nie wiedzą nic o tych, z którymi codziennie stykają się w przestrzeni publicznej.

Nie zrobiłam wielkich zapasów, w dodatku systematycznie ich ubywa, bo jem, piję, używam środków higieny, czyli żyję PRAWIE jak zawsze, tyle że nie ruszając się z domu. „Prawie” – bo przygotowuję obiad z mrożonek, puszek, konserw i jem chleb tostowy, bo normalny się skończył. Nie idę natomiast do sklepu po ulubione produkty, bo przecież jeszcze mam co jeść. Gdy całkiem wyjdzie mi prowiant – założę maskę (którą kupiłam jeszcze w styczniu, gdy wszyscy śmiali się z moich nadgorliwych działań), jednorazowe rękawiczki (które mam w domu zawsze, bo przydają się przy sprzątaniu), ubranie, które po powrocie do domu od razu będę mogła włożyć do pralki i wyprać (a więc nie płaszcz i zimową kurtkę). Ale zanim otworzę drzwi i wejdę do swojego mieszkania, zdezynfekuję klamkę spirytusem, który, choć w niewielkiej pojemności, udało mi się kupić jakieś 2 tygodnie temu.

Wszystkie te asekuracyjne, jednorazowe środki bezpieczeństwa wrzucę następnie do torby, którą szczelnie zamknę i pozbędę się jej w śmietniku. Dlaczego nie wyrzucę maseczki i rękawiczek od razu na dworze, do osiedlowego śmietnika? Bo myślę o innych – że jeśli wirusa jakimś cudem mam, nie będę narażać ludzi na kontakt z nim.

Tęsknię za weekendowymi wyjazdami z miasta. Za obiadem w przydrożnej restauracji (niezbyt lubię gotować). Za moimi ulubionymi ptysiami w Hercie i bezą w Filipince. Ale nie umrę bez nich, za to wychodząc niepotrzebnie, tylko po to, aby dogodzić podniebieniu, mogę przyczynić się do zachorowania. I w konsekwencji do śmierci także. Swojej oraz innych.

Dlatego siedzę NA TYŁKU.

Wyjaśniając tytuł tekstu – tak, uważam, że tylko najlepiej przystosowani do nowych warunków mogą przetrwać. Tacy, którzy psychicznie nie cierpią z powodu obostrzeń. Tacy, którzy nawet jeśli trochę lub trochę bardziej cierpią, umieją wymyśleć i zastosować zamienniki dotychczasowego komfortu.

Bo co najbardziej zżera nasz system odpornościowy? Stres. Stres, że nie mam tego, do czego przywykłam. Stres, że nie poradzę sobie w nowych warunkach. Stresoirytacja pt. „A kto mnie zmusi do siedzenia w domu, jeśli nie zostałam przymusowo objęta domową kwarantanną?”. Stresozazdrość – że inni wychodzą, a ja nie. Że oni mają łazienkę zawaloną tonami papieru toaletowego, a ja muszę go racjonować. Że jedzą świeżutki, być może jeszcze ciepły chleb, a ja jadę na chemicznym tostowym.

A może zamienić stresory na racjonalne argumenty? Że wodę można pić także przegotowaną, a nawet z kranu. Całe lata tak robiliśmy, dopóki nie zaczęliśmy kupować butelkowanych. Nikt się od tego nie pochorował ani nie umarł. Świeża żywność, owoce i warzywa, bez których nagle ludzie nie wyobrażają sobie życia, jest w większości tak przetworzona i zmutowana, że wielu witamin w niej nie znajdziecie. I nic się nikomu nie stanie, gdy przez tydzień, dwa, trzy, a może miesiąc lub dłużej będzie jechał na konserwach. Cieszmy się, że nam wszystkich sklepów nie zamknęli i że mamy na tyle wydolny handel i produkcję, że towary wciąż w sklepach. Nawet jeśli wieczorem puste półki po „najeździe Hunów”, to następnego dnia znowu pełne.

I zacznijmy w ten trudny, bo INNY czas, być trochę milsi dla siebie. Nienawiść, jaka bije z wpisów na portalach, z forów chyba nigdy nie była tak duża. Nie zmusisz bliskich ani dalszych do zachowania ostrożności i racjonalnego podejścia. Ale możesz zrobić to sam. Z myślą o tych swoich bliskich, którzy nie chcą przystosować się do obostrzeń. Nie wychodź bez potrzeby – jest duża szansa, że ocalisz siebie i innych.