Czasami uciekam. Zwyczajnie, a raczej niezwyczajnie, bo po angielsku. Przyzwyczajam znajomych (obcych zwykle zaskakuję), że czasem zwijam się bez słowa pożegnania. Nie, nie jestem na nich zła czy obrażona, ale po prostu w pewnym momencie mam ochotę być już tylko w pojedynkę. Nawet, gdy wesoło jest przy stole albo toczy się żywa dysputa.

Nie czuję się pępkiem świata, nie lubię robić zamieszania. Przerywać rozmowy, a chyba najbardziej nie lubię się tłumaczyć i za wszelką cenę sprawiać wrażenie, że naprawdę nic się nie stało, tylko bardzo ciągnie mnie już do samej siebie.

Wiem, że ci, którzy tej mojej potrzeby nie znają, nie rozumieją jej wcale. Dziwi mnie jednak reakcja tych, którzy co nieco już o mnie wiedzą, a za każdą moją ucieczką zdumiewają się, jakby zdarzyła się po raz pierwszy.

Oczywiście gdy odchodzę, to nie urywam kontaktów. Następnego dnia zwykle dzwonię, piszę, odpowiadam na maile i telefony.

Takie moje dziwactwo te ucieczki. Jedni robią je niezauważalnie, uciekając jedynie myślami. Ja separuję się także fizycznie. Duża jestem i sama za siebie odpowiedzialna – więc mogę, nie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *