Samodyscyplina to bardzo dobra rzecz. Rozumiem ją jako stawianie się do pionu, nawet w sytuacjach kryzysowych, a zwłaszcza w nich. Zbyt mało ceniona u ludzi, czasem wręcz niedostrzegana.

Nie chodzi o to, aby cały czas być na baczność, w gotowości do działania. Tak robi wielu i wcale nie imponują mi tym, nie wzruszają mnie, raczej myślę o nich w kategoriach pewnego skostnienia.

Lubię ludzi czujących, żyjących. Najbardziej tych, którzy nie skrywają uczuć przed samym sobą. Potrafią się totalnie rozłożyć, ale w sytuacjach ważnych zawodowo, rodzinnie, prywatnie – wstają, otrzepują się z gruzów, nakładają na twarz maskę uśmiechu, chociaż dusza jeszcze płacze. Nie robią tego dla siebie, ale dla innych. Żeby bliskiego wesprzeć w potrzebie, a nie kłopotać swoimi sprawami. Jeśli są pracownikami to się nazywa po prostu profesjonalizm. Ukrycie prywatnych smutków, rozdrażnienia, złości na osiem godzin i powrót do nich już w zaciszu własnych czterech ścian.

Takie działanie dla innych niesie za sobą także korzyści w zakresie własnego ja. Bo czasem pozostając przez dłuższy czas w nastroju co najmniej neutralnym, z pewną trudnością powraca się do okołodepresyjnych stanów. Nie zawsze, ale się zdarza. I wtedy to jest sukces na całej linii.

Gdy bywało mi strasznie źle i nie widziałam sensu wstania z łóżka, mama mówiła mi: „Wstań, umyj twarz i zacznij poranek. Nie myśl o tym, co będzie, po prostu umyj tę twarz”.

Zżymałam się na nią wtedy, zarzucając, że nie rozumie, jak bardzo mi źle i że nic nie może przynieść mi poprawy, a już na pewno umycie tej cholernej twarzy.

Zaczęłam myć twarz. Myję ją porannym wpisem do bloga. To jest moja samodyscyplina na początek dnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *