Pamiętam jak dziś. Pamiętam cały czas, od ponad 25 lat. Chociaż często chciałabym zapomnieć.

 

Pamiętam, jak moja ukochana Babcia przechodziła raka. Nie przeszła go. Dwa lata przechodziła, walczyła i poddawała  się, walczyła. Nie przeszła.

Byłam wtedy przedwcześnie dojrzałym – przedwcześnie , bo przez nadzwyczajny stan babci – dzieckiem. Byłam dzieckiem, zupełnie innym niż dzisiejsze ledwo opierzone nastolatki. Byłam 12, 13-14-letnią dziewczynką, która po szkole szła do kiosku z gazetami i do Babci. Kupowałam jej kolorowe magazyny, by miała czym zająć myśli podczas pobytu w szpitalu. Pobytów.

Przed kioskiem zachodziłam do kościoła. Nie byłam wychowana w duchu praktykującego katolicyzmu. Chodziłam do kościoła podczas przygotowań do 1 komunii, w trakcie świąt. Ani częściej, ani rzadziej.

Gdy Babcia zachorowała, pojawiałam się w kościele codziennie. Prosiłam go tylko o jedno – aby wyzdrowiała. Toczyłam z nim i boje, i zakłady – jak Babcia wyzdrowieje, nie będę chciała być aktorką, nie zrobię nic w tym kierunku. Będę lepsza – przekonywałam go – będę się jeszcze więcej uczyła, nigdy nie przeczytam mniej przyzwoitej książki, zrobię wszystko, tylko daj Jej życie.

Obie przegrałyśmy. Babcia – życie, ja – dodatkowo wiarę.

Teraz czas mojej walki, powtórnej. Na niego nie mam co liczyć (jakaż heretyczka ze mnie, prawda?), a sama jestem już bardzo zmęczona.